Franek zaczął grać w tenisa późno – miał 7 lat. Jak na tenis to naprawdę późno. Do tego zaczynał na Warmii, czyli nie w żadnym wielkim ośrodku typu Warszawa czy Kraków. To były zwykłe zajęcia dwa razy w tygodniu na sali gimnastycznej.
Bardzo szybko wychwycił go właściciel naszej Braniewskiej Akademii Tenisowej – pan Pękalski. On założył tę akademię dla swojego syna, ale z całej grupy dzieci od razu zauważył Franka i zasugerował, żeby zacząć jeździć na turnieje do Gdańska. Franek miał wtedy około 8,5 roku – osiem, może dziewięć lat.
To były turnieje dla dzieci, raz w miesiącu, na AWF-ie w Gdańsku. I wiadomo: na początku on ledwo przebijał. Ale miał coś, co go odróżniało od reszty dzieciaków – charakter do walki. On się naprawdę nigdy nie poddawał. I to jest cecha, którą w tenisie trzeba mieć.
Zaczęłam więc z nim jeździć na te turnieje raz w miesiącu. Na początku przegrywał, ale dosyć szybko zaczął rywalizować na dużo wyższym poziomie. Potem były całe serie tych turniejów – one się liczyły bodaj po siedem – i Frank zaczął je wygrywać. Wkręcił się na maksa. Chciał grać co weekend.
Przyszły kolejne kategorie: turnieje „powyżej 10 lat do 12”, skrzaty i następne. Doszedł do takiego pułapu, że do lat 12 był piąty w Polsce. I wtedy pojawiły się propozycje z dwóch najlepszych klubów na południu Polski, bo tam rzeczywiście najwięcej dzieje się turniejowo.
W tym samym czasie jego warunki treningowe w Braniewie zaczęły się kurczyć. Nie było grupy do rywalizacji, a to jest podstawa, żeby robić postęp. Coraz bardziej było jasne, że musi zmienić miejsce trenowania. Padło na Bielsko-Białą, na klub Advantage – najlepszy klub w Polsce. Zresztą teraz, w tej chwili, Franek jest tam na turnieju i rywalizuje w kategorii do lat 18.
Zaprzyjaźniliśmy się z całą ekipą tego klubu i zapadła decyzja, że w wieku 12 lat Franek wyprowadza się tam i przez pół roku mieszka sam w klubie tenisowym. Dosłownie w budynku klubu, nad halami. Rano sam dojeżdżał do pobliskiej szkoły mistrzostwa sportowego. To była bardzo szybka i bardzo profesjonalna przygoda: kadra czeska, kadra polska, naprawdę konkret. Ale to była też ciężka szkoła życia dla dwunastolatka – bardzo trudne doświadczenie.

Po pół roku trenowania wrócił do Elbląga. Elbląg był wtedy takim „wyjściem”, bo po prostu nie było innego. Potem pojawiła się propozycja z Mrągowa. Ktoś chciał nas trochę wesprzeć finansowo – syn przyjaciół też tam trenował i jego trener wziął Franka pod skrzydła. Ale ten syn przyjaciół szybko zdrowotnie podupadł, pechowo się to złożyło. Z czasem nie było już chemii między Frankiem a trenerem – to się zdarza – i ja widziałam, że za chwilę Franek rzuci tenis, bo to się przestaje kleić. Wiedziałam, że muszę szybko znaleźć coś innego.
Zaczęłam się rozglądać i wyszło, że blisko Mrągowa jest Bartąg pod Olsztynem. Tam jest bardzo fajny trener – pedagog z wieloletnim doświadczeniem, pracuje z zawodnikami i ma grupę. Padł pomysł: przerabiamy małą siłownię w hali tenisowej na pokój. I tak na koniec lutego, dosłownie z dnia na dzień, zabrałam Franka z Mrągowa i od 1 marca zamieszkał w Bartągu. To była połowa siódmej klasy. Mieszkał na hali, jadł w domu trenera – wszystko znów „na wariackich papierach”, bo w trakcie semestru i w trakcie szkoły.

I to też jest ważne: Franek cały czas równolegle chodzi normalnym trybem do szkoły – tak jak teraz, kiedy jest w liceum. Żadne nauczanie domowe, które jest mega częste u jego rówieśników. Wielu z nich od 2–3 lat nie uczy się normalnie.
W Bartągu trenował około półtora roku. Wszystko wyglądało dobrze, ale znowu zaczęła się sypać grupa. A grupa musi być. I to musi być grupa na poziomie – taka, która się nawzajem napędza. Chłopcy i dziewczyny z aspiracjami zawodniczymi. Zaczęło ich brakować, bo to był etap wyboru szkoły średniej. Dzieciaki raczej nie chciały iść w zawodniczy tenis.
Trener wyraźnie mi zasugerował, że muszę znaleźć coś innego, bo tutaj Franek już postępu nie zrobi.
W międzyczasie ja przeczuwałam, że to tak się skończy. W lutym pojechaliśmy na AZS – bo wiedziałam, że to świetne miejsce: świetni trenerzy, świetni zawodnicy, przyjeżdżają tam ludzie z całego świata. To jedno z kilku miejsc, które naprawdę warto brać pod uwagę od szkoły średniej.
Po weekendzie w Łodzi była jeszcze Hiszpania na tydzień. Potem w czerwcu Franek był w innej akademii w Hiszpanii przez trzy tygodnie – i z tej akademii wrócił już sam. Trzeba było realnie zdecydować, co dalej. Wiedzieliśmy, że w wakacje powinien już trenować gdzie indziej, bo w Bartągu nie ma sensu zostawać. I tak wylądował w Łodzi.

A ja w tym czasie cały czas myślałam: co od września?

Tydzień przed początkiem roku szkolnego postawiłam wszystko na jedną kartę – na Łódź. Nie miałam szkoły – dopiero na ostatnią chwilę okazało się, że uda się załatwić normalne, stacjonarne liceum. Sportowe, ale stacjonarne.
Życie w AZS-ie też było improwizowane: tam jest problem z kuchnią, więc obiady wykupiłam w szkole, a śniadania i kolacje Franek robi sobie sam w sali konferencyjnej AZS-u. Wstawiłam tam stolik, lodówka już była i tak działamy – trochę „jedną nogą”, ale działa.
I jesteśmy bardzo zadowoleni z postępu. Idzie to piorunująco. Tam są fachowcy. Przede wszystkim jest zaplecze lekkoatletyczne i motoryczne – i to jest kluczowe, szczególnie teraz, kiedy Franek ma skok wzrostowy. Pilnują go motorycznie, pilnują, żeby nie złapał kontuzji. I widać, że trenerzy naprawdę wiedzą, co robią.
W tej chwili jesteśmy w takim miejscu, że jeśli szybko nie znajdziemy wsparcia finansowego – mówimy o mecenasie albo o kimś, kto weźmie go pod skrzydła, albo po prostu o wpłatach – to ja muszę mieć zabezpieczony budżet na wyjazdy zagraniczne. Ja je ucięłam.
Franek latał trochę po Europie, jak miał 12 lat, więc doświadczenie ma. Ale koszty rosną tak mocno, że podjęłam decyzję: tniemy starty, tniemy granie, czasem gra tylko w kraju i też bardzo mało. Wszystko wkładamy teraz w treningi, żeby był na tyle dobry, żeby za rok – maksymalnie, może wcześniej – zacząć budować ranking ITF.
ITF to jest międzynarodowy ranking, bardzo ważny. Trzeba go robić, ale trzeba być też gotowym sportowo. I wtedy wybiera się czasem kraje mniej oczywiste – nie dlatego, że ktoś je „lubi”, tylko dlatego, że łatwiej tam zdobyć pierwsze punkty. Dolot bywa droższy, ale jeśli wrócisz z punktami, potem robi się taniej: grasz bliżej, nie musisz grać eliminacji, tylko wchodzisz do turnieju głównego. To wszystko jest strategia, ale na start wymaga abstrakcyjnie wysokiego budżetu – po to, żeby później wydawać mniej.
Natomiast koszty miesięczne mogę podać od razu: w zależności od tego, czy gra turniej w Polsce w danym miesiącu czy nie, to jest między 13 a 15 tysięcy złotych. I to i tak jest „w skrócie”, bo pewnych rzeczy nawet nie liczę. Dodatkowo sam turniej weekendowy w Polsce, nawet przy oszczędzaniu, to minimum około 1200 zł – po prostu nie da się taniej. Dlatego też teraz, wspólnie z trenerami, podjęliśmy decyzję, że starty tniemy, a co możemy – wkładamy w trening.










